30 listopada 2011

Podatek katastralny w Polsce

Uważam, że warto ten fakt odnotować na blogu, chociażby z powodu późniejszego rozliczenia. Wiadomość z serwisu Wyborcza Biz:
Podatek katastralny nam nie grozi. Premier ucina spekulacje Ministerstwo Finansów i rząd nie planują wprowadzenia jakiejś formy podatku katastralnego - zapewniał w sobotę z trybuny sejmowej premier Donald Tusk. Była to odpowiedź na pytania, które zadali w czasie piątkowej debaty w Sejmie Barbara Bubula z PiS, Beata Kempa z Solidarnej Polski i Leszek Miller z SLD. - Czy prawdą jest to, o czym mówi się bardzo głośno w kuluarach, że zamierza pan wprowadzać podatek katastralny? Panie premierze, proszę powiedzieć, czy to jest prawda! - grzmiała poseł Kempa. Premier Tusk uciął tego typu spekulacje. A wyprzedzając ewentualne pytanie, czy taka koncepcja może pojawić się w przyszłości, odpowiedział: - Trudno mi mówić za następców. W naszych planach nie mamy wprowadzenia podatku katastralnego, chociaż zdajemy sobie sprawę, że w wielu państwach jest on dość użytecznym narzędziem. Otwarcie jednak odpowiadam, że mój rząd nie zakłada wprowadzenia tego podatku. Wyjaśnijmy, że dziś wysokość podatku od nieruchomości zależy od jej powierzchni. Gmina ustala stawkę, której górny pułap jest określony w ustawie. W przypadku podatku zwanego katastralnym jego wysokość zależy od wartości nieruchomości. Z punktu widzenia fiskusa jest absurdalne, że właściciel domu położonego w centrum Warszawy płaci dziś tyle samo, co posiadacz podobnej kamienicy w małej miejscowości. Pierwsze przymiarki do zmiany sposobu opodatkowania nieruchomości miały miejsce już na początku lat 90. Jednak w 1994 r. wybuchł wokół sprawy podatku katastralnego skandal. Jeden z wysokich urzędników Ministerstwa Finansów powiedział dziennikarzom, że roczna stawka podatku wyniesie 8-10 proc. wartości nieruchomości. Ministerstwo Budownictwa oraz Ministerstwo Finansów zdementowały tę informację. Ostatnim politykiem, który zapowiadał wprowadzenie podatku katastralnego, był Leszek Balcerowicz w czasach rządów AWS-UW. Wzmianka na ten temat była także w programie wyborczym Platformy Obywatelskiej z 2001 r. Ale od tej pory politycy odżegnują się od tej idei.
ź

25 listopada 2011

Humor dnia - zmiana sposobu liczenia długu w metedologii krajowej

Jest to tak dla mnie śmieszne że pozostawiam to bez bogatego komentarza. Dodam jedynie, że żaden rząd III RP nie posunął się tak w manipulacjach księgowych finansów publicznych jak ten stąd oficjalnie mianuję Kucharza Roku - Najlepszym Kucharzem III RP. Gdyby ten zapał do manipulacji danych zamienić na zapał do prawdziwych reform to myślę, że mielibyśmy mieć szanse na bycie Singapurem europy. Napisałem o prawdziwych reformach, bo 99% rzeczy zawartych w expose Premiera sprowadza się do ograbienia własnych obywateli. Szkoda nawet komentować bo jest to dla mnie żenujące.
Za Parkiet:
Inna metoda liczenia, niższy dług państwa Począwszy od przyszłego roku dług publiczny miałby być liczony inaczej niż teraz, np. pod uwagę byłyby brane średnioroczne kursy walut, a nie z ostatniego dnia roku. Proponowane zmiany dotyczą nie tylko kursów walut, po jakich przeliczane są zobowiązania. Ministerstwo Finansów chce też, aby pożyczone, ale niewydane, spoczywające na kontach fiskusa pieniądze były odliczane od ogólnej kwoty zadłużenia. Strach przed 55 proc. Wszystko po to, aby ustrzec się przed przekroczeniem kolejnego progu ostrożnościowego na poziomie 55 proc. długu w relacji do PKB. To bowiem nakładałoby na rząd konieczność likwidacji deficytu w budżecie i wdrażania działań oszczędnościowych. MF używa też innych argumentów. – W tym roku moglibyśmy pożyczyć znacznie więcej z myślą o potrzebach pożyczkowych w przyszłym roku – wyjaśnił Dominik Radziwiłł, wiceminister finansów. – Sytuacja na rynkach była dobra, a my nie mieliśmy żadnych problemów ze sprzedażą naszych papierów. Jednak z uwagi na konieczność zaliczania tych pieniędzy do tegorocznego poziomu zadłużenia, ograniczaliśmy się. Wiceminister wyjaśnił, że gdyby można było wyłączyć z długu pożyczone w tym roku pieniądze, które nie zostały wydane i spoczywają na koncie, wówczas resort miałby większe pole manewru przy emisji papierów dłużnych. W ocenie Dominika Radziwiłła zmiana mogłaby wejść w życie dość szybko, ale zaczęłaby obowiązywać od końca 2012 roku. – Trzeba oswoić z tą koncepcją inwestorów, oni muszą mieć czas na przyzwyczajenie się do zmian – wyjaśnił wiceminister. Celowe zabiegi? Oceny ekspertów są zróżnicowane. Mirosław Gronicki, były minister finansów, twierdzi, że to wyłącznie księgowe zagranie. – Dla inwestorów i tak będzie się liczyć rzeczywiste zadłużenie wyliczane przez Eurostat. Cały świat bowiem przedstawia całkowite zobowiązania, bez żadnych wyłączeń, na podstawie kursu walut z końca roku. Inni ekonomiści twierdzą jednak, że zmiany mogą ukrócić spekulacje naszą walutą. – Od dawna proponowaliśmy, aby przy przeliczaniu zadłużenia brać pod uwagę średnioroczny kurs złotego, bo przeliczanie wartości zadłużenia na podstawie kursu z ostatniego dnia roku nie ma sensu – komentuje Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – Z kolei pożyczanie pieniędzy w sytuacji, gdy nasze papiery idą jak woda, z myślą o kolejnych gorszych latach jest jak najbardziej wskazane – mówi. Wskazuje jednak, że może być problem z wyłączeniem z zadłużenia tej części, której rząd nie wykorzysta w danym roku. ak liczymy dług publiczny Obecnie ¶ Zadłużenie wyrażone w walutach obcych wyliczamy na podstawie kursu walut z ostatniego dnia roku ¶ Do ogólnego zadłużenia zaliczamy całość zobowiązań, także pieniądze pożyczone, ale niewykorzystane ¶ Długiem według metodologii krajowej jest wszystko to, co zostało wyemitowane do końca grudnia bez funduszy i skonsolidowanej części długu wykupionego przez samorządy Proponowane zmiany ¶ Zadłużenie wyrażone w walutach obcych powinno być przeliczane na podstawie średniorocznego kursu złotego względem euro i dolara ¶ Do zadłużenia netto nie byłaby zaliczana kwota pieniędzy pożyczonych z myślą o sfinansowaniu potrzeb w kolejnym roku ¶ Bez zmian pozostałaby zasada pomniejszania zadłużenia o część wykupioną przez fundusze i samorządy

23 listopada 2011

Liczba dnia - 27% - Węgry w rozsypce

Węgrzy od 1 stycznia 2012 roku będą mieć najwyższą stawkę podatku VAT w Unii Europejskiej. Węgierski parlament zatwierdził wniosek rządu o podniesienie tego podatku od przyszłego roku z 25 do 27 procent. Okazuje się że taki poziom jest legalny w Unii Europejskiej. 1 stycznia wzrosną również do 35 procent podatki dla przedsiębiorców, a towary luksusowe zostaną objęte 35-procentową stawką VAT. Z braku czasu jedynie krótko zaznaczę, że rząd na Węgrzech całkowicie stracił kontrolę nad gospodarką i wpadł w panikę. Wystąpił bowiem o pomoc do m.in. MFW. Węgrom grozi przy tym obcięcie ratingu kredytowego do poziomu tzw śmieciowego, a kurs euro do forinta węgierskiego osiągnął poziom z paniki 2009 roku (u nas oznaczałoby to kurs euro na poziomie 4,90). Węgry się sypią, a to z kolei może oznaczać utratę ratingu kredytowego Austrii jako znaczącego kredytodawcy dla tego kraju przez co austriacki nadzór bankowy i bank centralny nakazały lokalnym bankom komercyjnym, by ich spółki córki w Europie Środkowo-Wschodniej finansowały działalność kredytową depozytami pozyskiwanymi na lokalnych rynkach oraz ograniczyły akcję kredytową. Jednym słowem trzeszczy w posadach monarchia Austro-Węgier. Zresztą zaczyna drżeć cały region CEE. Na marginesie dodam tylko smaczek, że jednym z powodów ocięcia ratingu jest "odwrócenie reformy emerytalnej" (Fitch: "Orban’s plans “go in the wrong direction for further fiscal consolidation,” Fitch said in a statement. “The reversal of pension reforms and lack of a coherent medium-term fiscal strategy undermines confidence in the long-term sustainability of the public finances.”") , czytaj nasze zabawy z OFE. Jeśli zatem Polska będzie szła śladami Węgier, a widać że idzie po ostatnich zapowiedziach w sprawie podatku od kopalin, to przegłosowanie takich zmian oznacza większą wyprzedaż złotówki, wyższy VAT i podatki. Ciekaw jestem jak czują się z tym wszyscy reprezentanci "prawicy", którzy stawiali Orbana za wzór działania, a samemu Kaczyńskiemu marzył się Budapeszt w Warszawie. Z drugiej strony można myśleć z rozrzewnieniem o straszeniu, iż jak do władzy dojdzie Kaczyński to benzyna będzie będzie po 5 pln, eh, marzenie...:)

Czy Niemcy są bez winy?

Bardzo ciekawy papier (klik), który stara się obalić mit rozrzutnego południa i niewinnej północy. W papierze autorzy starają się też pokazać, że obecna polityka zacieśniania promowana przez Niemcy prowadzi do zapaści finansowej. Papier przygotowany przez CER, który jest pro-europejski (warto mieć to na uwadze) z wolnorynkowym spojrzeniem na gospodarkę. Wybrane zajawki z dokumentu wybrane przez AVP:
European policy-makers have been reluctant to concede that the eurozone is institutionally flawed. Even now, many assert that the crisis is not one of the eurozone itself, but of errant behaviour within it. If certain countries had not broken the rules, they argue, the eurozone would never have run into trouble. The way to restore confidence, it follows, is to ensure that rules are rigorously enforced. These claims are wrong on almost every count. It is now clear that a monetary union outside a fiscal union is a deeply unstable arrangement; and that efforts to fix this flaw with stricter and more rigid rules are making the eurozone less stable, not more. The reason the eurozone is governed by rules is that few of its member-states – least of all its wealthier North European ones – have any appetite for fiscal union. Crudely, rules (gouvernance) exist because common fiscal institutions (gouvernement) do not. But rules are no substitute for common institutions. And tighter rules do not amount to greater fiscal integration. The hallmark of fiscal integration is mutualisation – a greater pooling of budgetary resources, joint debt issuance, a common backstop to the banking system, and so on. Tighter rules are not so much a path to mutualisation, as an attempt to prevent it from happening. This course of action is more likely to precipitate the euro’s disintegration than its survival. Why is the eurozone in crisis? The short answer is that the introduction of the euro spurred the emergence of enormous macroeconomic imbalances that were unsustainable, and that the eurozone has proved institutionally ill-equipped to tackle. North European policy-makers have been reluctant to accept this interpretation. For them, the crisis is not one of the eurozone itself, but of individual behaviour within it. If the eurozone is in difficulty, it is because of a few ‘bad apples’ in its ranks. In this interpretation, neither the design of the eurozone nor the behaviour of the ‘virtuous’ in the core were at fault. Ever since the eurozone crisis broke out, the North European interpretation of it has prevailed. It essentially sees the crisis as a morality tale, pitting those who sinned against those who stuck to the path of virtue. The major sins of the periphery were government profligacy and losses of competitiveness. The way out of the crisis, it follows, is straightforward. It is to emulate the virtuous core by consolidating public finances and improving competitiveness (by raising productivity, reducing wages, or both). If the periphery can achieve this, then the eurozone debt crisis can be resolved without an institutional leap forward to fiscal union. The North European interpretation is by no means all wrong (no serious observer disputes that Greece grossly mismanaged its public finances). But it is damagingly partial and self-serving. It skates over the contribution played by the euro’s introduction to the rise of indebtedness in the periphery; it wrongly assigns all the blame for peripheral indebtedness to government profligacy; it makes no mention of the far from innocent role played by creditor countries in the run-up to the crisis; and it does not acknowledge how the it was wasted (perhaps unsurprisingly). It is wrong, however, to blame government profligacy for the rise in peripheral indebtedness: Greece is the only country where this holds true. In Ireland and Spain, it was the private sector (particularly banks and households) that was to blame. Indeed, in 2007, the Spanish and Irish governments looked more virtuous than Germany’s: they had never broken the fiscal rules, had lower levels of public debt and ran budget surpluses. Creditor countries cannot be absolved of all blame. Not only was export-led growth in countries like Germany and the Netherlands structurally reliant on rising indebtedness abroad. But creditor countries in the core harboured plenty of vice: the conduits for the capital that flowed from core to periphery were banks, and these were more highly leveraged in countries like Germany, the Netherlands and Belgium than they were in the periphery (or the Anglo-Saxon world). The eurozone crisis is as much a tale of excess bank leverage and poor risk management in the core as of excess consumption and wasteful investment in the periphery. If the eurozone had been a fully-fledged fiscal union, it would not be in its current predicament. Its aggregate public debt and deficit ratios, after all, are no worse than the US’s. But it is not a fiscal union – which is why it faces an existential crisis, and the US does not. The current crisis, then, is not simply a tale of fiscal irresponsibility and lost competitiveness in the eurozone’s geographical periphery. It is also about the unsustainable macroeconomic imbalances to which the launch of the euro contributed (in creditor and debtor countries); about the epic misallocation of capital by excessively leveraged absence of fiscal integration has exacerbated financial vulnerabilities and made the crisis harder to resolve. How did the euro’s introduction contribute to the current crisis? The answer is that the removal of exchange rate risk inside the eurozone encouraged massive sums of capital to flow from thrifty countries in the ‘core’ to countries in the ‘periphery’ (where private investors thought the rates of return were higher). The influx of foreign capital cut borrowing costs in the periphery, encouraging households, firms and governments to spend more than they earned. The result was an explosion of current-account imbalances inside the eurozone. As a share of GDP, these imbalances were far bigger than those between, say, the US and China. Ever since the Greek sovereign debt crisis broke out, the thrust of eurozone policy has been to try and turn the region into a less Mediterranean and more Germanic bloc – that is a shared currency held together by increased discipline among its members. The centrepiece of the framework that has emerged is a ‘grand bargain’ between creditor and debtor countries. Creditor countries have assented to the creation of a European Financial Stability Facility (EFSF) to extend bridging loans to countries that are temporarily shut out of the bond markets. In return, debtor countries have agreed to much stricter membership rules. The grand bargain (or Plan A) has failed. The reason is that its underlying philosophy – that of ‘collective responsibility’ – is flawed. The demands of collective responsibility have been asymmetric: self-defeating medicine has been prescribed to debtor countries, while problems in creditor countries have been allowed to fester. Second, too much virtue has become a collective vice, resulting in excessively tight macroeconomic policy for the region as a whole. The European Central Bank (ECB) believes that the faster budget deficits are cut, the faster private consumption and investment will pick up. The reverse has been the case. The ECB, meanwhile, has done too little to offset this synchronised fiscal tightening (in July, it actually raised its key official interest rate, citing "upside risks to price stability"). For a variety of reasons, the ECB has been deeply uncomfortable straying from the narrowest interpretation of its mandate. At times, the ECB has looked to be more concerned about inflation than about the eurozone’s survival. The ECB’s reluctance to act as lender of last resort to governments, for example, has raised doubts in the financial markets about its commitment to the eurozone, and weakened confidence in solvent countries like Spain and Italy. The punishing (and self-defeating) economic adjustments imposed on debtor countries contrasts with the self-righteous complacency shown in the creditor countries. Not only have the latter insisted that debtor countries implement the kind of structural reforms for which they have shown no enthusiasm themselves (like opening services to greater competition). But they have also been reluctant to accept the potential for write-downs among their banks. So the very countries that have insisted on wrenching economic adjustments indebtor countries have often been the ones that have done the most to conceal the fragility of their own banks. This asymmetry in treatment has deepened the crisis and increased the cost of resolving it. A year’s worth of punishing austerity and contracting activity has only succeeded in pushing Greece deeper into insolvency. Contagion has spread to Ireland and Portugal (which have been forced to accept bail outs and swallow the same medicine as Greece). And foot-dragging in a number of countries has condemned the region to a series of weak ‘stress tests’ which have given clean bills of health to under-capitalised banks. Eurozone policy has therefore actively contributed to the vicious feed-back loop that has developed between banks and sovereigns. Having spent two years denying that many European banks were under-capitalised, eurozone leaders finally relented – but at a terrible time. Fresh capital is much harder to raise from the private sector than it was a year ago, and several eurozone governments (including France) can ill afford to step in with taxpayer funds. The eurozone crisis is chronic in character and requires far-reaching reforms. The euro is a currency union without a Treasury or a lender of last resort. The macroeconomic policy framework is ill-suited to a big, largely closed, economy, and the national markets are insufficiently flexible and imperfectly integrated. Policy-makers now face a choice. They must either address the eurozone’s institutional underpinnings or risk a disorderly break-up. They need to agree on a number of long-term steps. The first is a partial mutualisation of sovereign borrowing costs, via the adoption of a common bond. The second is the adoption of a eurozone-wide backstop for the banking sector. The third is growth-orientated macroeconomic policy: the European Central Bank needs a broader mandate, member-states’ fiscal policy must be co-ordinated, and trade balances narrowed symmetrically. On current policy trends, a wave of sovereign defaults and bank failures are unavoidable. Much of the currency union faces depression and deflation. The ECB and EFSF will not keep a lid on bond yields, with the result that countries will face unsustainably high borrowing costs and eventually default. This, in turn, will cripple these countries’ banking sectors, but they will be unable to raise the funds needed to recapitalise them. Stuck in a vicious deflationary circle, unable to borrow on affordable terms, and subject to quixotic and counter-productive fiscal and other rules for what support they do get from the EFSF and ECB, political support for continued membership will drain away. Faced with a choice between permanent slump and rising debt burdens (as economic contraction and deflation leads to inexorable increases in debt), countries will elect to quit the currency union. At least that route will allow them to print money, recapitalise their banks and escape deflation. Once Spain or Italy opts for this, an unravelling of the eurozone will be unstoppable. Investors will not believe that France could continue to participate in a core euro: the country has weak public finances and a sizeable external deficit. Participation in a core eurozone would imply a potentially huge real currency appreciation and a corresponding collapse in economic activity. Investors will calculate that the wage cuts (to restore competitiveness) and cuts in public spending (to rein in the fiscal deficit) would be politically unsustainable. In short, France will effectively be in the same position as Italy and Spain are at present. While it is impossible to put a timescale on this, the direction of travel is clear. Eurozone leaders now face a choice between two unpalatable alternatives. Either they accept that the eurozone is institutionally flawed and do what is necessary to turn it into a more stable arrangement. This will require some of them to go beyond what their voters seem prepared to allow, and to accept that a certain amount of ‘rule-breaking’ is necessary in the short term if the eurozone is to survive intact. Or they can stick to the fiction that confidence can be restored by the adoption (and enforcement) of tougher rules. This option will condemn the eurozone to self-defeating policies that hasten defaults, contagion and eventual break-up.

20 listopada 2011

Wykres dnia - puk puk, kto tam? Panika.

Obecna panika na europejskim rynku finansowym przypomina panikę z jesieni 2008 czy prawie panikę z marca 2009. Najlepiej pokazuje to koszt swap na dolara dla banków europejskich. W normalnych warunkach powinien wynieść praktycznie zero. Im wartość bardziej odbiega od zera tym większa panika
Roczny: 2 letni: 5 letni LinkKryzys w europie będzie można odwołać jak w/w wartości wrócą do normalnych poziomów, jeśli wrócą. W międzyczasie główny włoski bank Unicredit (w Polsce Pekao SA) ma wycenę śmieciową. Bank ma bowiem do zrefinansowania 51 mld euro w nadchodzącym roku, przy czym obecnie rynek żąda rentowności 10% na obligacjach banku. Szef UniCredit spotkał się z przedstawicielami Europejskiego Banku Centralnego, gdyż szuka dodatkowego finansowania dla włoskiego sektora bankowego. Problem finansowania włoskich banków nie jest bagatelny gdyż chociażby obecne portfolio UniCredit to prawie bagatela 1 bilion euro (ang. trillion) w różnego rodzaju papierach. Więcej o problemach UniCredit: UniCredit Trading as Junk With $51 Billion of Bonds Due: Corporate Finance Italian Banks May Need $8.2 Billion in Capital W nawiązaniu do wykresu dnia polecam: DJ: Money market stress mirrors troubles that led to Lehman collapse
THE eurozone's worsening sovereign debt crisis is fuelling growing stress in the international short-term money markets that banks use to fund their operations, a situation alarmingly reminiscent of the dark days surrounding the collapse of Lehman Brothers three years ago. The price European banks pay to swap euros into US dollars jumped overnight to levels last seen in 2008, at the height of the recent global financial crisis. Sharply higher funding costs were also registered in markets for commercial paper, interbank lending, and securities repurchase - all key sources of short-term finance for banks and corporations. In light of those concerns, the two-year US swap spread, a key gauge of how market participants feel about the risk of default by their counterparties, widened to levels last seen in May 2010, when the first round of the Greek crisis flared up. "If you don't call this a crisis, it's definitely on the brink of one," said David Coard, head of fixed-income sales and trading at The Williams Capital Group. "The thing is that there's all this interconnectedness that people don't have a complete handle on." The timing of this dysfunction in money markets is ominous as it precedes the year-end, when funding costs typically rise as banks pare back assets as books are being closed and cash demands rise to meet holiday spending needs. This year, the rapidly deteriorating situation in the eurozone, where signs of contagion from the embattled sovereign-debt markets of peripheral countries have lately shown up in those of "core" nations such as France and Austria, encouraged banks to protect their balance sheets at an earlier date than usual. This has had an effect in making liquidity scarcer. Adding to a potential squeeze, a tougher regulatory environment is taking shape with banks pushed to set aside more safe assets to withstand financial turmoil. In particular, European banks are thought to be deleveraging, or selling assets, to meet tough new capital requirements set by European regulators. The Federal Reserve has also demanded higher collateral from the primary dealer banks with which it conducts mortgage-backed and securities-based repo transactions. All of this raises trading costs for banks and leads them to clamour for cash. Worries about the eurozone yesterday, including funding stress for European banks, sparked broad selling from US stocks to many commodities including silver and gold, which ceased being favoured "safe-haven" plays as investors ran for cash. Only US Treasury bonds shined as a refuge from the turmoil, as the benchmark 10-year note's yield dipped below 2 per cent to trade at 1.965 per cent. "What's different in the past few days is the increased concerns over funding costs of banks," said Michael Pond, US interest rate strategist at Barclays Capital. "It's all evidence of increased concerns not just about sovereign issues but about that spilling over to the banking system." European banks are among the biggest hit as investors fret about their holdings of government bonds in Greece, Ireland, Portugal and other eurozone nations. Their funding pressure is most pronounced in the cost to exchange euros for US dollars - the cost of swapping euros into US dollars has widened to minus 1.305 percentage points, levels last seen in December 2008. The one-year euro-dollar cross-currency basis swap, at minus 0.83, is there for the first time since that time three years ago. Funding cost in commercial paper issued by European banks also rose as US money-market funds continued cutting back exposures. Meanwhile, the banks' cost to borrow from their peers via the interbank lending market also inched up. The cost of borrowing US dollars for three months in the London interbank market, as measured by the three-month US dollar libor rate, rose to 0.47944 per cent yesterday, its highest level in nearly four months. "The memory of Lehman is still very fresh, so banks are probably hoarding dollars," said Charles St Arnaud, foreign-exchange strategist at Nomura Securities. "If I was an institution that needed dollar funding, I'd be trying to hoard dollars so if the crisis worsens, I wouldn't pay even more punitive prices." There has even been some sign that the funding pressure is moving into the US shores. In the US, the market for repurchase securities, or repo, banks had to pay a much higher cost to borrow cash with mortgage-backed securities as collateral in forward agreements for the turn of the year compared to their borrowing cost for Treasury-based repos for the same period. The repo rate for mortgage-backed securities on a forward basis - meaning the overnight repo rate as agreed for December 30 - traded at 45 basis points, compared with 10bp on Treasurys, said Kenneth Silliman, New York-based head of short-term rates trading at TD Securities. Mr Silliman said that once December 30 is reached, the 35bp gap between overnight MBS repo rates and those of Treasurys could be as wide as 50bp or 60bp. "Treasury repos remain relatively stable for now but I expect the overnight rate to rise at year end, though the overnight rate for MBS would rise much higher," said Mr Silliman. Potentially the eurozone crisis could cause dislocation in the US repo markets, he said. The anxiety is shown in the continued rise in the two-year US swap spread. A main gauge of credit risk, the spread is the differential between two-year swap rate and two-year Treasury yield. It touched 53.75bp yesterday, the highest level since May 2010. It has surged from this year's low of 14.25bp in April.

10 listopada 2011

Nie tylko banki, a regulatorzy i politycy są winni kryzysu w strefie euro

Pewien praktyk dobrze opisał jedną z główną przyczyn kryzysu w strefie euro. Można powiedzieć więcej i stwierdzić, że problem jest uniwersalny, gdyż powiązany z wyceną i postrzeganiem ryzyka inwestycji w obligacje państwowe. Nie jest bowiem wyłącznie winą banków, iż założyły zerowe ryzyko przy inwestowaniu w obligacje państwowe. To tylko pół prawdy czy nawet 30%. Tak naprawdę banki zostały do tego zmuszone poprzez szereg regulacji, których podstawowym założeniem było posiadanie dużej ilości bezpiecznych aktywów w aktywach banków, w tym przypisanie niskiego czy wręcz zerowego ryzyka do obligacji skarbowych. Banki ochoczo kupowały papiery AAA, w tym MBS tj zabezpieczone hipotekami w USA (to jednak inna para kaloszy, a sama sprawa jest doskonale znana). Zakup obligacji państwowych pozwalał osiągnąć ogromną dźwignię finansową, która jak wiemy ma swoje plusy, ale i ogromne minusy w momencie kiedy rynek "idzie w drugą stronę niż zakłada inwestor". Szerzej o sprawie w języku angielskim (brak czasu...) poniżej, polecam. Sam wpis dotyczy nie tylko tego, a również SPV na potrzeby "uratowania" strefy euro przed krachem. P.S. Może znajdzie się ochotnik i przetłumaczy, chociaż pierwszą połowę wpisu.... The Dumpster for Toxic Euro Sovereign Debt
Some might be wondering why the euro zone rescue focus turned to saving banks as opposed to saving governments. The reasons are illuminating. Consider the following: When a government has a debt bulge, the debt must be held as someone else’s asset. The designated chump to hold a large portion of it has been the banking system, as its portfolio of assets is easily manipulated by bank regulators. This is how it works. Banks are incented by regulators to hold “safe” assets as a way of making them less vulnerable to failure. But—and you’ve probably already guessed it—regulators designated euro government bonds and even subprime residential mortgage securities as the banking system’s “safe” assets. As a result, the banks load up with the safe asset, which has the effect of over-financing that sector of the economy. This sets banks up for a debt crash down the road when there is more debt than income available to service that category of debt. To make the regulatory system more convoluted, the incentive for banks to finance the safe asset—even when it is manifestly clear that the safe asset is no longer safe—is the regulatory rule that allows banks to hold less bank capital (preferred and common stock) on the right hand side of their balance sheets. Since bank capital is depleted as a result of the 2008 subprime mortgage write offs, there is a greater need for regulatory capital today. This has caused Europe’s banks to load up with toxic sovereigns with its banks holding 25 percent of their assets in government bonds as compared to 10 percent in the U. S. These incentives to hold the designated safe asset allow greater bank leverage, which translates to a lower ratio of capital to assets. One might ask why banks are strong-armed by government to maintain bank capital. The objective reason is because bank capital in the form of bank equity serves as a protection for depositors when the bank’s assets depreciate because bank equity is in the first loss position in case of an asset write down. Bank capital is also important to governments because of their guarantee (whether explicit or implicit) to restore bank capital in the event the bank is unable to. Without bank equity, depositors lose when banks write off assets; when a bank goes down, its depositors lose their wealth, which causes them to vote in great numbers against the government in power. Thus, incenting banks to hold “safe” assets systemically makes the system unsafe: it becomes more leveraged, with banks holding a concentration of assets made riskier. The “safe” designation led to decreased market discipline by governments issuing debt, which allowed them to sell too much of it at unsustainably low rates. The ultimate regulatory convolution is when over-financed sovereign defaults take the banks down—but the sovereign maintains the responsibility to save the bank depositors. Hence, the essence of the great euro debt-saving operation is maintaining and expanding the buying capacity of stressed euro sovereign debt—but not just the previously issued debt but the new debt yet to come. Bank buying power is necessary for euro governments to maintain the market value of their existing bloated debt, which is especially critical at times when the existing debt reaches maturity and needs to be refinanced in the market. Just imagine the challenges of maintaining market values of the yet to be issued debt to cover baby boomer entitlement over the next few decades! This will require expanding the banks’ balance sheet, which is the convenient dumpster for government debt in excess of what the market will absorb. The problem with maintaining the capacity of the dumpster is based on banks’ ability to recapitalize (sell equity) to meet regulatory minimums. Banks have few good options in that regard—if they did there would be no euro sovereign or bank crisis. Private equity does not gravitate to banks that have more bad assets than the banks or the government stress tests will admit. Unwary investors take a fall when the truth about the bank’s asset quality comes to light or when governments decide that banks will “voluntarily” take 50 percent haircuts on their sovereign debt holdings. Ironically, banks don’t want to be recapitalized because it dilutes existing stockholders’ interests and lowers the rate of return on capital. Instead they prefer a capital handout from the government, which has a growing need for “dumpster” capacity for increasing government toxic debt. Government recapitalization of banks usually takes the form of non-voting preferred stock so as not to water down the returns to the common stockholders. In the U.S., the Toxic Asset Relief Program (TARP) was a government fiscal operation that provided banks with near-costless government bridge financing that didn’t significantly dilute their common stockholders. But in Europe, the government debt financed multi-country funding source, the European Financial Stability Facility (EFSF), is capable (when and if it is funded) of covering only a very small portion of sovereigns and banks bailouts. How to backstop both sovereign debt and the dumpster banks has been center stage now for about a year and a half without resolution. Written between the lines of last week’s sparse announcement of the “final” solution is a very tentative plan that still needs the approval of the German Bundestag, the last remaining “Rich Uncle of Europe” willing to bailout anyone. If Germany should balk at directly funding other governments or banks themselves or disallow changes in the treaty that would enable the European Central Bank (ECB) to do the same, where would the bailout funding come from? Rather than relying on direct ECB support, the answer may lie in indirect ECB support through a newly created “Special Purpose Vehicle” (SPV). This legal financial entity looks a little like a bank in that the vehicle funds are used to purchase the assets the euros want off the table, and it is funded by a combination of debt and equity sources with the ECB being a primary contributor. To give the SPV credibility, the equity portion will be the scant remaining 235 billion euros left in the EFSF (if and when fully funded). Using the bank model of leveraging, the scant capital is projected to expand the balance sheet a multiple of 4 or 5 times if there are takers of the SPV’s debt. This would create a much larger dumpster capacity to purchase toxic sovereign debt that no one else wants and perhaps even bank equity that no one is lining up for just now. Does this sound familiar? It is the same model employed by Citibank to hide subprime mortgages offshore in an SPV or Enron’s partnerships used for the same purpose. How the government learns financial cover-up tricks from the private sector! With the equity claims in the SPV held by the EFSF, the question is who will purchase debt claims in the SPV to leverage up the new debt dumpster in order to achieve the hoped for 4 to 5 times expansion of the SPV capacity to purchase bailout assets? Officials are traveling to China and Japan this week and will entertain other private debt investors in the SPV and make it juicer with as yet unclear government guarantees on a portion of losses of the debt investor’s losses in the SPV debt. Hence, the SPV has a decidedly bank model flavor to it—except it is not subject to regulation and its transparency will be even worse than banks. At this point I believe it would be a heroic success to con individuals to do what bank depositors have become unwilling to do: continue depositing at banks whose assets contain bad government debt and whose deposits are “guaranteed” by the same insolvent governments. Why would one think that the market will more likely invest in SPV debt than a euro bank deposit whose depositors are fleeing the banks with their money. If the SPV is the same dangerously leveraged model as the banks, with the same assets and the same guarantor, can you expect a different result? What makes it seem possible is the (intentionally) still hidden role of the ECB. Since Germany will veto ECB participation in direct investments in the underwater sovereign assets, the SPV is a multi-government owned and controlled camouflaged bank that provides the indirect route for the ECB to uplift purchasing power in the toxic European sovereign debt market by purchasing SPV debt with printing press money. This designated role for the SPV in conjunction with the ECB keeps Germany’s hands clean, so to speak. The ECB printing press provides the leverage for the SPV to increase the capacity of the dumpster. The SPV is also not banned from purchasing bank equity to maintain bank dumpster capacity if banks are unable to be recapitalized by the market, which is likely. While the plan is a little convoluted, it offers governments the deniability of engaging in what some would call throwing good money (the EFSF funds) after bad (the Greek debt). Since the ECB provides unlimited debt expansion capacity for both the SPV and banks, one wonders why the euro zone heads of state became so caught up with creating the SPV functioning in parallel with the banks. Perhaps it was merely their political sense that the combined governments had to do something. They do, after all, run for re-election, and committing government fiscal resources to banks is not a popular thing to do. But if the plan works, it will provide added SPV dumpster capacity alongside banks’ increased dumpster capacity, with neither German financial support nor direct ECB support. The implication of monetizing the financing capacity of the SPV is no different than directly monetizing banks or governments. It supports the ability to have an expanded capability to purchase assets, keep them out of view (do you really expect transparency?), stop the debt unwind, possibly revive the economy with yet more new money, create an asset bubble and have inflation as a side effect. All of which seems better than an instantaneous euro zone unwinding and a debt deflation. Such are the machinations of colluding desperate governments who want to do something that appears on the surface to be helpful. How else can you run for re-election? Folks, I can’t make this up. What might seem puzzling was the stock market rally late last week, both in anticipation of and following the long-awaited announcement. I can only presume the market was celebrating the fact that banks and the economy were not being deposited in the dumpster immediately, and an indirect vehicle to bring the printing press to bear has been created to increase the sovereign debt holding capacity. Instead of imminent falling dominos, it is dominos re-inflating.

DI BRE - Analizy branżowe - Deweloperzy powierzchni mieszkaniowych

DI BRE opublikował ostatnio kolejny raport o rynku developerów pow. mieszkaniowych. By zacytować:Link
Od czasu ostatniego raportu sektorowego ze stycznia, indeks WIG-DEWEL spadł o 44%, co wynika w dużej mierze z obaw o kondycję globalnej gospodarki. Obawy te w pewnym stopniu przełożyły się na sprzedaż mieszkań w Q3, która na największych rynkach była niższa o 10% q/q. Deweloperzy giełdowi zachowują się jednak mocno na tle rynku. DI BRE widzi dobre perspektywy na rynku nieruchomości: Sam raport dostępny jest tutaj. Jeszcze w maju 2011 (klik, klik2), przed dużymi spadkami cen akcji developerów DI BRE rekomendował przeważanie akcji deweloperów: "- Liczymy na wzrost sprzedaży na rynku pierwotnym, spadek stóp kapitalizacji dla obiektów komercyjnych i dobre wyniki finansowe spółek w 2012 roku – uzasadnia Michał Marczak. (DIBRE)" To jak wiemy okazało się dużą wtopą. Nie polecam zatem raportu by wywnioskować z niego co będzie z cenami akcji developerów. Polecam zapoznać się z raportem tylko i wyłącznie dlatego że zawiera ciekawe wykresy i dane.

Humor dnia - Rostowski - podatki

We wrześniu 2011 przed wyborami usłyszeliśmy z ust Kucharza Roku, iż nie będzie podwyżki podatku VAT w przyszłym roku:
"Nie widzę żadnego powodu, żeby VAT był podniesiony w przyszłym roku - absolutnie żadnego powodu. W ramach tego, co można dzisiaj przewidzieć, polska gospodarka wchodzi w przyszły rok silna. Widzimy, co się stało, jakie były naprawdę znakomite wyniki w drugim kwartale tego roku, kiedy mieliśmy wzrost gospodarczy, kwartał do kwartału, dziesięciokrotnie większy niż w Niemczech. Musimy być też świadomi tego, że na świecie są bardzo poważne zagrożenia, ale ja na przyszły rok podwyższenia podatków nie przewiduję" - powiedział Rostowski w wywiadzie dla radia RMF FM. Minister dodał, że nie są obecnie planowane żadne zmiany w podatku PIT, a szczególnie podniesienia podatku dla najbogatszych. Uważa wręcz, że w przyszłości obowiązujące obecnie poziomy 18% i 32% powinny zostać obniżone. "To jest skala najlepsza, jaką możemy osiągnąć w tej chwili, w tych nadal trudnych warunkach, w której na świecie są dalej bardzo poważne zagrożenia. Chciałbym po tym kryzysie móc tę wyższą stawkę, także dla tych osób obniżyć, ale to byłoby możliwe dopiero po na przykład obniżeniu obecnej 23-proc. stawki VAT z powrotem do 22%" - podkreślił Rostowski.
źródło Co można usłyszeć po wyborach?
Budżet 2012. Recesja = podwyżka podatków Przygotujemy trzy warianty budżetu na przyszły rok - powiedział w środę wieczorem w TVP Info Jacek Rostowski To co jest ważne dla nas, to budżet na przyszły rok. Deficyt musi być poniżej 3 proc. PKB, to nasze zobowiązanie wobec Komisji Europejskiej. Mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której Polska gospodarka jest naprawdę silna, ale z drugiej strony mamy bardzo szybko osłabiającą się gospodarkę strefy euro. Skoro jest tak dużo niepewności, przygotujemy na przyszły rok trzy warianty budżetu - mówił Jacek Rostowski. Projekty są właśnie opracowywane. - Na zasadzie trzech różnych założeń dotyczących wzrostu gospodarczego. Jeden - to wariant umiarkowanego spowolnienia, drugi - średniego spowolnienia, a trzeci - recesji, czyli spadku PKB o 1 proc. I na tej podstawie przygotujemy działania potrzebne do tego, aby zapewnić stabilność finansów publicznych. W tej chwili nie jesteśmy w stanie określić, który z tych wariantów jest najbardziej możliwy. W grudniu podejmiemy ostateczną decyzję - wyjaśniał Rostowski. Zapowiedział, że działania w wariancie umiarkowanego spowolnienia będą się opierały na zwiększaniu dochodów niepodatkowych. - W wariancie pośrednim będziemy potrzebowali 9 mld zł dodatkowych dochodów, w wariancie recesyjnym - nie wyobrażam sobie byśmy mogli uniknąć podwyżek podatków - tłumaczył dalej minister. - Będziemy chcieli, aby to wyjście które wybierzemy - było bardzo sprawiedliwe. Chcemy, aby polskie emerytury i renty nie były zagrożone. Dlatego musimy być gotowi na różne działania. W następnych dniach będziemy mieli kilka ważnych prognoz dotyczących PKB - zaznaczył. Większość ekonomistów i instytucji finansowych, choć prognozuje spowolnienie dla UE i strefy euro, to zakłada, że recesji jednak nie będzie. Wiele zależy jednak od tego jak rozstrzygnie się sytuacja w Grecji i we Włoszech.
źródło

09 listopada 2011

Humor dnia - BTP

Włoskie papiery skarbowe tracą gwałtownie na wartości. Wykres dla rentowności 10 latek wygląda tak:
Włoskie obligacje, zwane w skrócie BTP, doczekały się już nowej pełnej nazwy: Berlusconi Toilet Paper :) W między czasie Francuzi właśnie zdementowali plotkę jakoby prowadzili rozmowy z Niemcami na temat skurczenia strefy euro (French official denies a report that the EU were discussing a smaller Euro-zone). Biorąc pod uwagę ten nagłówek EU's Barroso says that Europe can go no further with the current treaty czy ten EU's Barroso says Germany's GDP could contract by 3%, lose 1mln jobs if Eurozone shrinks to a few core members można śmiało stwierdzić że należy wierzyć w wiadomości jedynie zdementowane. Przypominam również, że Włosi w rozszerzonym EFSF dają prawie 18% gwarancji (139 mld euro z 779 mld euro): Nic się nie dzieje, proszę się rozejść:

07 listopada 2011

PPP nowym sposobem na ukrycie długów

Kucharz Roku długo czekał na ten moment. W październiku 2011 Prezydent podpisał ustawę, która umożliwia niewliczanie zobowiązań z tytułu realizacji projektów partnerstwa publiczno-prywatnego do długu publicznego i deficytu sektora finansów publicznych. W przypadku odpowiedniego podziału ryzyk między podmiot publiczny i partnera prywatnego, zobowiązania z tytułu PPP nie będą obciążały bilansów podmiotów publicznych, co zwiększy atrakcyjność wykorzystania partnerstwa publiczno-prywatnego i zachęci podmioty do realizacji inwestycji w tej formule. W uzasadnieniu skierowanym do Sejmu można przeczytać o zgodności przepisów z normą ESA95 (general government):
Art. 23. Zmiany w ustawie z dnia 19 grudnia 2008 r. o partnerstwie publiczno-prywatnym. EUROSTAT – Urząd Statystyczny Wspólnot Europejskich podjął decyzję nr 18/2004 z dnia 11 lutego 2004 r. odnośnie do sposobu rejestracji w rachunkach narodowych kontraktów zawieranych przez jednostki sektora instytucji rządowych i samorządowych w ramach partnerstwa z jednostkami spoza sektora. Decyzja określa ich wpływ na deficyt/nadwyżkę i dług sektora. Jest ona rezultatem prac podjętych w 2003 r. we współpracy z ekspertami z krajów europejskich i innymi międzynarodowymi organami. Decyzja pozostaje w zgodności z Europejskim Systemem Rachunków Narodowych i Regionalnych (ESA95) oraz jest zgodna z opinią Komitetu ds. Statystyki Monetarnej, Finansowej i Bilansu Płatniczego (CMFB), jak przedstawiono w aneksie. EUROSTAT rekomenduje, aby aktywa zaangażowane w partnerstwo publiczno-prywatne były klasyfikowane jako aktywa nie będące aktywami sektora instytucji rządowych i samorządowych, a w następstwie tego rejestrowane poza bilansem sektora, jeżeli spełnione są łącznie dwa następujące uwarunkowania: 1) partner prywatny ponosi ryzyko konstrukcyjne (budowy) oraz 2) partner prywatny ponosi co najmniej ryzyko dostępności lub ryzyko popytu. W sytuacji, gdy sektor instytucji rządowych i samorządowych ponosi ryzyko konstrukcyjne lub jeżeli partner prywatny ponosi jedynie ryzyko konstrukcyjne i żadnego z pozostałych ryzyk, aktywa są klasyfikowane jako aktywa sektora instytucji rządowych i samorządowych. Ma to istotne konsekwencje dla finansów sektora, zarówno dla deficytu, jak i długu. Mając na względzie decyzję EUROSTATU wprowadzono zmiany w ustawie o partnerstwie publiczno-prywatnym. Zgodnie z przyjętymi rozstrzygnięciami zobowiązania wynikające z tytułu umów o partnerstwie publiczno-prywatnym nie będą wpływały na poziom państwowego długu publicznego oraz deficyt sektora finansów publicznych w sytuacji, gdy partner prywatny ponosił będzie większość ryzyka budowy (konstrukcyjnego) oraz większość ryzyka dostępności lub ryzyka popytu – z uwzględnieniem wpływu na wymienione ryzyka czynników takich, jak gwarancje i finansowanie przez partnera publicznego oraz alokacja aktywów po zakończeniu trwania umowy. Projektowany przepis dopuszcza zatem również inne – poza wymienionymi powyżej – czynniki, które mogłyby być uznane za powodujące powrotne przeniesienie ryzyk na partnera publicznego. Nowelizacja ustawy przewiduje również możliwość wydania przez ministra właściwego do spraw gospodarki w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw finansów publicznych oraz po zasięgnięciu opinii Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego rozporządzenia, w którym określone będą zakres poszczególnych rodzajów ryzyka oraz czynniki uwzględniane przy ich ocenie, mając na względzie zapewnienie przejrzystości poszczególnych rodzajów ryzyka. Zaproponowana w projekcie ustawy fakultatywność, a nie obligatoryjność, wydania rozporządzenia w tym zakresie wynika z faktu, że przedmiotowa materia jest skomplikowana i wymagać będzie dodatkowych konsultacji i analiz, aby ostateczne przepisy uwzględnione w rozporządzeniu były jasne i kompletne. Po przyjęciu przez Radę Ministrów projektu ustawy Minister Gospodarki podejmie prace zmierzające do wydania przedmiotowego rozporządzenia, aby zapewnić kompleksową implementację wytycznych Eurostat. Przeprowadzi także szerokie konsultacje społeczne i międzyresortowe w tym zakresie.
Zwracam uwagę na tekst zaznaczony na czerwono. Właśnie bowiem Ministerstwo Infrastruktury czeka na opinię GUS w tej sprawie. Na podstawie tego rozporządzenia budowa dróg, czy inwestycje samorządów będzie można masowo wyłączyć z długu publicznego, nawet w rozumieniu ESA95. Poniżej dzisiejsze info z PAP: MI czeka na opinię GUS w sprawie możliwości wyłączenia projektu A1 z długu publicznego – Stępień
Ministerstwo Infrastruktury czeka na opinię GUS w sprawie możliwości wyłączenia projektu budowy autostrady A1 ze statystyki długu publicznego – poinformował PAP Radosław Stępień, wiceminister infrastruktury. Autostrada A1 powstaje w ramach systemu Partnerstwa Publiczno-Prywatnego (PPP). Według wydanej niedawno opinii Eurostatu formuła PPP nie chroni przed powiększaniem się długu publicznego, co postawiło realizację projektu pod znakiem zapytania. - Projekt, który przygotowaliśmy powinien być poza długiem i deficytem, ale równocześnie powinien umożliwić sprawowanie kontroli nad dostępem do infrastruktury, czyli nad stawkami. Czekamy w tej chwili na opinię GUS – powiedział wiceminister. Przetarg na koncesję na budowę trasy zostanie ogłoszony po uzyskaniu zapewniania, że koszty inwestycji nie zostaną wliczone do długu publicznego. - Dla nas jest to kluczowa sprawa – powiedział. Zdaniem wiceministra opinia GUS będzie miała charakter precedensowy. - Nie ukrywam, że gdyby ten model przeszedł, to otworzyłoby to drogę do realizacji wielu projektów, bardzo dużych projektów – powiedział. W Polsce rozważana jest budowa w ramach PPP dwóch odcinków autostrad za ok. 8,5 mld zł i trzech inwestycji kolejowych za ok. 30 mld zł.
Niestety ze smutkiem stwierdzam, o czyM już kilka razy pisałem, że ESA95 ma swoje minusy i to właśnie jeden z nich. Zatem Kucharz Roku będzie miał kolejny sposób aby poupychać długi poza oficjalną statystyką. Z wyniku działań GUS skorzystają też samorządy - więcej - Partnerstwo publiczno-prywatne nie zwiększy zadłużenia gmin.

06 listopada 2011

Cytat dnia - Mario Draghi

Zaległy ważny cytat obecnego Prezesa ECB:
It would be pointless to think that sovereign bond rates can stably be brought down for a protracted period by outside intervention. The first and foremost responsibility lies with national economic policies. Put your public finances in order. What makes you think that to become the lender of last resort for governments is actually the thing that you need to keep the euro area together? I don't think that is really in the remit of the ECB
źródło

04 listopada 2011

Wszyscy na pokład - ratujemy budżet czyli od nowego roku seria podwyżek

Szykuje nam się seria solidnych podwyżek cen. Mowa nie tylko o cenach prądu, ale i paliw, papierosów czy gazu. Pisałem o solidnych podwyżkach cen diesla, którego ceny przekroczą ceny benzyny. Z naszych kieszeni do budżetu trafi kolejne 2,5 mld pln co ułatwi łatanie dziury budżetowej. Dostawcy prądu chcą podwyżek od 8 do prawie 20%, z którymi stara się walczyć URE. Niektóre podmioty już podjęły decyzję by podnieść ceny o 8%. Z kolei spodziewane podwyżki cen gazu są równie znaczące. Tak znaczące, iż oficjalnie Prezes URE nie podaje ich do publicznej wiadomości. Zresztą wystarczy same nagłówek: "Prezes URE Marek Woszczyk wyraził zaniepokojenie możliwą wielkością podwyżki cen gazu". Prezes zasłania się przy tym czynnikami zewnętrznymi tj osłabieniem notowań złotówki do dolara. To zabawne i smutne zarazem, bo rząd oraz NBP ma jak najbardziej wpływ na notowania złotówki, chociażby prowadząc odpowiedzialną politykę monetarną, czy fiskalną i dokonując wiarygodnych reform, nie ukrywając przy tym długów po kątach jak nasz Kucharz Roku. Podobnie zresztą rząd ma wpływ na ceny gazu, gdyż ostatnio zakontraktował drogo gaz od Rosjan "dzięki" PSL (Waldemar Pawlak). Podwyżki paliw, prądu czy gazu przełożą się z kolei na kolejne podwyżki w innych sektorach jak transport czy rolnictwo. Prezes URE sam nawet zaznaczył, iż do podwyżki cen szykują się i ciepłownicy, a to z kolei z powodu podwyżki szykowanej przez kopalnie. Pośrednio rządowi podwyższona inflacja jest na rękę - otrzyma on znacząco większe wpływy z VAT, który ostatnio był podwyższony. Jak by tego było jeszcze mało likwidacja lokat antybelkowych została już przesądzona. By żyło się lepiej i była ciepła woda w kranie, a grunt że Kaczyński nie jest u władzy. Nie jest przy tym ważne, że rząd sięga do naszych kieszeni (przypominam, że Skarb Państwa ciągle posiada decydujący głos w spółkach z sektora energetycznego (PGE, Tauron) czy paliw (PKN Orlen, PGNiG)) zamiast chociażby zredukować ciągle rosnącą armię urzędników, bo przecież redukcje urzędników są w naszym kraju nielegalne. I nie ma przy tym wcale znaczenia, że nowych przetargów już nie widać na horyzoncie, a obecna kadra urzędników urządza przetargi w Warszawie na spinacze biurowe. Czy się stoi, czy się leży.... z Twojej kieszeni Nam się należy! P.S. Grunt, że po wyborach to ceny można już podnieść. Przed wyborami były zaniżane, za co PKN Orlen ma sprawę w UKOiK. Disclosure: Nie jestem członkiem żadnej partii, oraz nie sympatyzuję z żadną z partii w sejmie.